Trudno stworzyć wpis, w którym będzie wszystko. Komplet informacji pomocnych w zrozumieniu po co jest ta strona.

Dziesięć lat po debiucie

"Idzie przez las", Aleksandra Waliszewska

Zaczęło się bardzo normalnie. Byłam mała i niewiele z tego pamiętam. Pisanie przyszło nieproszone. Wyrosło z nadwrażliwości, stało się automatyczną reakcją na zbyt silne odczuwanie większości bodźców zewnętrznych. Nie pisałam z przyjemności ani dla przyjemności, od zawsze pisałam z konieczności.

W pewnym momencie ten rodzaj ochrony przed światem przysłonił mi rzeczywistość, zaczęłam żyć nieograniczoną wyobraźnią. Odnajdywałam w tworzeniu alternatywnych historii pocieszenie na wszelkie rzeczywiste rozczarowania i niepowodzenia. Podobało mi się to bardziej niż rzeczywistość.

więcej niż 10 lat temu

Coraz mocniej żyłam w swojej głowie, coraz intensywniej pisałam, mało pamiętam żywych relacji i żywych ludzi. Pisałam w podstawówce, pisałam w gimnazjum, pisałam na kartkach, pisałam po rękach. Fragment powstającej w tym czasie książki wysłałam na organizowany przez telewizję TVP konkurs literacki i zajęłam w nim drugie miejsce. Ten sam fragment wysłałam potem do krakowskiego wydawnictwa Znak. Bez większych trudów zadebiutowałam w wieku 16 lat. Trudy zamknęły się w wysłaniu książki do jednego wydawnictwa. To był dobry okres, czas, kiedy wszyscy szukali swojej Masłowskiej. Mój wiek był największym atutem.

Finał konkursu Dolina Kreatywna organizowanego przez TVP (2006)

W 2007 roku ukazał się „Niezidentyfikowany Obiekt Halucynogenny”, mój debiut (fragment do przeczytania i posłuchania tutaj). Ruszyłam w trasę po Polsce, odbywałam spotkania autorskie, udzielałam wywiadów i nie odnajdywałam w tym większej przyjemności. Reprezentowałam Polskę na festiwalu dla młodych autorów w Budapeszcie, „Obiekt” trafił nawet do Izraela. W tym czasie byłam już w trakcie zaawansowanych prac nad moją drugą powieścią, która ukazała się trzy lata po debiucie. „Córeczka” (fragment do przeczytania tutaj) była jednak zwiastunem niespodziewanych zmian.

Pierwszy wieczór autorski, krakowski Lokator jeszcze na Krakowskiej, kapelusz i szelki

Publikacja dwóch książek przyszła mi tak łatwo, że uznałam ją za naturalną konsekwencję samego faktu, że piszę. Nie przyszła za nią żadna refleksja, nie wiedziałam jak wykorzystać zyskaną przewagę. Nie zdawałam sobie nawet sprawy co to za szansa i jak nią pokierować, by trwała i trwała. Zamiast tego trwałam w przekonaniu, że wiem, co robię i robię, co chcę. Nie przyszły mi do głowy stypendia twórcze, internet służył wtedy do czatowania, a ja dodatkowo nie do końca odnajdywałam się w roli promotorki swojej twórczości. Miałam wręcz stosunek buntowniczy do opowiadania o książkach, chciałam, żeby istniały beze mnie. Chciałam być zbędna po napisaniu, bo siebie wystarczająco eksploatowałam podczas pisania.

Zbagatelizowałam pierwsze pęknięcie, jakie pojawiło się przy pracach nad „Córeczką”. Mój kontrakt z wydawnictwem dobiegał końca, a kontakt z nim stopniowo zanikał. Nawet nie zauważyłam, gdy przestałam być autorką Znaku i wróciłam tam, gdzie zaczęłam.

W trakcie kończenia „Córeczki” zaczęła powstawać trzecia powieść. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Znak jej nie wyda. Pisałam ją przez trzy lata, a następne trzy nosiłam w sobie (i po wydawnictwach), więc ma już około siedmiu lat, a jako że książki starzeją się prawie tak szybko jak psy, ta ma już tych lat teraz ze czterdzieści. To oznacza, że coraz mniej się rozumiemy. Nikt nie chce opowiadać o dawno zakończonych sprawach, a tym bardziej dusić ich tak długo w sobie. Książka niewydana rozkłada się powoli nie tylko na kartach papieru, ale i we mnie. Nie da się jej po prostu strawić i wydalić, zapomnieć, że była.

Wieczór autorski w Budapeszcie razem z Krzysztofem Vargą
Promocja książek oraz nieumiarkowania w kolorach i stylu

Kryzys twórczy przyszedł na palcach. Moja współpraca ze Znakiem zakończyła się w momencie, gdy zastanawiałam się co dalej, choć kryzys przyszedł na długo przed naszym pożegnaniem. Pisanie nagle stało się balastem. Przestało mnie satysfakcjonować, nabrałam przekonania, że utraciłam zdolność przetwarzania obrazów z rzeczywistości w słowa. Siadanie do komputera nie przynosiło ulgi, było męczącym obowiązkiem. Utrata wydawnictwa tylko pogłębiła poczucie zagubienia.

Kryzys twórczy łatwo przechodzi w przyzwyczajenie. Niepostrzeżenie zaczęłam żyć tak, jakby pisania nie było. Tak, jak trzeba – po kolei. Od początku czułam, że robię to wbrew sobie, ale nie sprawdzało się też pisanie, a od zmuszania się do niego wygodniejsze było wykonywanie prostych czynności: studia i praca. Spanie i rozrywka. Lukę po pisaniu wypełniło podróżowanie. Podróże wytrąciły mi grunt spod nóg. Potrzeba stabilizacji czy zapuszczenia korzeni stała się niewygodna i niewłaściwa względem potrzeby ciągłego ruchu i braku zobowiązań. Chciałam, by moje życie mogło się zamknąć w bagażu podręcznym. Żadnych zbędnych przedmiotów, żadnych długoterminowych planów. Gotowość do wyruszenia z dnia na dzień. Każda najmniejsza podróż dodawała mi żyć.

Jednocześnie i praca, i studia, ciągnęły mnie do korzeni. Kraków stał się moją niewygodną strefą komfortu, gdzie życie sprowadza się do podążania codziennie tymi samymi ścieżkami. Przez chwilę podobał mi się ten plan. Zarówno studia, jak i praca, luźno dotykały mojej drugiej pasji: filmu.

Wiedziałam, że film też się wziął z potrzeby tworzenia, tylko że moje studia i praca wiązały się z innymi procesami. Myślałam, że to wystarczy, że ważne, że film. Jednak z roku na rok frustracja narastała. Z narastającą frustracją rosła niemoc. Chciałam pisać, ale nie miałam na to siły ani miejsca w głowie. Chciałam je wyplenić, ale musiałabym w tym celu wyskrobać cały mózg.

Promocja Niezidentyfikowanego Obiektu Halucynogennego, fot. Bartłomiej Sowa

Najgorszy etap kryzysu twórczego to pomieszanie wszystkich wartości. Nieumiejętność rozróżnienia, co jest najważniejsze: potrzeba tworzenia czy jego efekt. Uznanie innych czy spełnienie własne. Na domiar złego walka toczy się pomiędzy najtrudniejszymi przeciwnikami – różnymi wersjami siebie – osłabiając po równo wszystkie strony. Nie potrafiłam być spójną całością, rozlazłam się na kilka wykluczających się tożsamości.

Najgorszy etap kryzysu twórczego to wstyd. Przychodzi dużo później, kiedy z perspektywy czasu zaczyna się robić podsumowania. Palący wstyd przy każdej wzmiance na temat moich książek. Wstyd przy trafianiu na informacje o sobie w internecie. Wstyd, że nie odniosłam spektakularnego sukcesu. Wstyd, że jestem nieudanym debiutem i będę pochowana we wspólnym grobowcu z autorami jednego hitu. Wstyd, że mi nie wyszło. Wstyd, że mi nie wyjdzie. Wstyd, że ktoś się kiedyś pomylił, dając mi szansę. Paraliżujące poczucie porażki, chorobliwy lęk przed opowiadaniem o sobie i prawie całkowite zwątpienie we własne możliwości twórcze. Zwątpienie we własne możliwości twórcze było dla mnie równoznaczne ze zwątpieniem w możliwości egzystencji na satysfakcjonującym poziomie. A jako że odporność na cudze opinie opanowałam na razie na poziomie A1, wszystkie negatywne słowa wnikały we mnie jak w kisiel i osłabiały zapał. Narastający dyskomfort i stres związany z brakiem weny zmusił mnie ostatecznie do pozbycia się dotychczasowej tożsamości. Przegrałam sama ze sobą.

Postanowiłam, że spróbuję żyć inaczej. Tym samym ruszyłam w długoletnią podróż przez wszystkie podstawowe błędy, jakie popełnia się, chcąc stworzyć pozory szczęśliwego życia. A potem, opowiadając innym o sobie, czułam, że opowiadam o kimś innym. Odechciewało mi się więc rozmawiać, odechciewało mi się spędzać czas poza własnym pokojem. Czułam, jak wzbiera we mnie agresja i choć była to złość na samą siebie, zbyt często odbijała się na innych. Mój organizm zawsze dawał mi czytelne sygnały, gdy postępowałam wbrew sobie. Ciała nie da się tak łatwo oszukać i to ciało jako pierwsze zaczyna odmawiać współpracy. Ale w takim stanie można wciąż stwarzać pozory. Czasem marzyłam, by wreszcie któraś część mnie się poddała, dając mi niepodważalny argument (mnie czy innym?) do zmiany. Wytrzymałam kilka lat, ale tych lat mogło być kilkadziesiąt. Mogłabym wytrwać tak do śmierci. Zaskakująco łatwo marnuje się własne życie.

Jedyną myślą nie do zniesienia jest to, że znieść można wszystko.

Trudno mi powiedzieć czy nastąpił przełom w moim życiu po tych dziesięciu latach. Naiwnie wydaje mi się, że się już nigdy bardziej nie dojrzeję, co jest jednym z fałszywych syndromów wczesnego debiutu. Mam mylne poczucie, że osiągnęłam już szczyt swoich możliwości i zdążyłam się wypalić. Jednocześnie cofam się w czasie. Nigdy nie czułam się młodziej niż teraz – uświadamiam sobie, że nie miałam kiedy być nastolatką i ominęła mnie większość sytuacji i relacji, jakie powinny wydarzyć się właśnie wtedy i tylko wtedy. Nauczyłam się pisać o emocjach, a nie wyrażać ich. Znacznie odbiło się to na moim życiu osobistym. Moje życie osobiste istnieje głównie na papierze. Pisanie zawsze było ważniejsze niż przeżywanie. Tworzenie dopełniało każde zdarzenie i przynosiło pełną satysfakcję. Tak żyłam i tak chcę żyć dalej.

Postanowiłam wreszcie całkowicie zaryzykować i wrócić tam, skąd przyszłam. Z pisania. Porzucić wszystko, na co przez te dziesięć lat zapracowałam, by o pisaniu zapomnieć. Długo nosiłam się z tym zamiarem. Mimo to, podjęcie wreszcie tej decyzji wcale nie przyniosło natychmiastowej ulgi i prawdopodobnie nie przyniesie jej w najbliższych miesiącach. Wracając do pisania, wracam bowiem dokładnie do tego momentu, w jakim je porzuciłam. Do kryzysu, do wstydu, do samotności jeszcze większej niż zwykle, gdyż nauczyłam się z samotni wychodzić.

Nadchodzi taki moment, gdy wszystko puszcza. Gdy kolejne „nie” jest tym decydującym, gdy bliżej pod ścianę już się podejść nie da i można w nią tylko walić głową albo odwrócić się na pięcie, cofnąć i trochę rozejrzeć. Przez ostatnie trzy lata uparcie próbowałam znaleźć nowe wydawnictwo. Nie udało mi się. Nie udało mi się pomimo publikacji dwóch książek w Znaku, pomimo tłumaczenia „Obiektu” na hebrajski, pomimo przychylnych recenzji krytyki, pomimo wszelkich starań, jakie w to włożyłam. Zainteresowanie wyraziły wprawdzie trzy, ale ostatecznie otrzymałam zaprzyjaźnione już ze mną „nie”. Czy to jest ten moment, kiedy wypada pomyśleć: „może ja się do tego po prostu nie nadaję?”. Nie.

Chcę mieć swoje własne miejsce, niezależne od czyjegoś tak lub nie. Nie uważam, by ten rodzaj dzielenia się twórczością degradował mnie natychmiast w szeregach innych autorów. Ważniejsze od wsparcia wydawnictwa jest dla mnie wsparcie osób, które dają mi taką samą opiekę merytoryczną i graficzną przy tekstach. Ważniejsza jest dla mnie swoboda i autonomia, jaką mam, gdy mogę decydować o wszystkich szczegółach. Chcę nie tylko pisać, chciałabym w to pisanie zaangażować innych artystów, szukać różnych środków wyrazu. Tworzyć alternatywną rzeczywistość.

Pewnym jest, że z niczym nie chcę się spieszyć. Nikomu nie chcę nic udowadniać.

Promocja Córeczki, fot. Dominika Dunajewska

Przede mną bardzo długa droga, wymagająca olbrzymiej cierpliwości i nieskończonej wytrwałości w przekonaniu, że jest tą właściwą. A wraz ze mną cały ekwipunek lęków, wątpliwości i stresu, schowanych tuż-tuż pod cienkim naskórkiem strefy komfortu, który zostanie zdarty już przy pierwszych trudnościach (update: już się ściera). Stres jest moim największym wrogiem i najbliższym kompanem, obecnym w moim ciele od przebudzenia aż do późnych godzin nocnych. Ale nie mogę przecież ignorować faktu, iż ten bagaż jest też równocześnie fundamentem mojej tożsamości oraz siłą napędową tworzenia.

Przede mną dni patrzenia tępo w ścianę i ptaki na drzewie, niemożności napisania choćby słowa na klawiaturze oraz dni jasności umysłu przy jednoczesnym braku jego aktywności. Sama zmiana otoczenia i warunków nie pomoże od razu. Zanim na nowo uwierzę w pisanie, muszę się do niego dostać, wejść pod wszystkie warstwy, którymi przez te lata zostało przykryte, gdy próbowałam sama siebie przekonać, jak bardzo jest mi niepotrzebne.

Niepisanie stało się ostatecznie sposobem myślenia i bycia. Otworzyłam się na realne doznania, poddałam się zupełnie instynktom, odruchom ciała, potrzebom cielesnym. Nie umiem już tak łatwo przerzucić emocji na papier. One szukają czegoś w rzeczywistości. Nie chcą się pisać, chcą się spełniać.

Powrót? fot. Dominika Dunajewska

Pisanie to wielka samotność, w pisaniu najważniejsza jest dla mnie samowystarczalność, możliwość odcięcia się od wszystkiego i wszystkich. Nie oznacza to wcale zamykania się w pokoju na nieokreśloną ilość czasu i całkowite zerwanie kontaktów ze światem – jakże to by było przyjemne i łatwe, tak się odciąć i pracować od świtu po zmrok, a wkoło na przemian śpiewają ptaki i pieją kury! – ale o udrożnienie przepływu pomiędzy realnymi doznaniami a wyobraźnią. Przesyłanie impulsów ze świata prosto na papier, odcinając ich dojście do krwiobiegu. To, czego najbardziej mi trzeba podczas pisania to dystans do rzeczywistości. To, czego najmniej mi potrzeba to zaangażowanie. Świat i jego hiperszybki rytm są mi obojętne podczas tworzenia. I to jest ten moment, kiedy nadchodzi ulga. Moment, kiedy czas staje.

Czekają na mnie dwie rozpoczęte książki. Oraz ta jedna już skończona, którą mam nadzieję wkrótce się tutaj podzielić (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem jeszcze w tym roku i w różnych formach, powoli, ale rusza). Już wiem, że internet nie służy tylko do czatowania i chcę go wykorzystać. Cieszę się, że obecnie mam szansę podzielić się swoją twórczością tak bezpośrednio. Jednocześnie już zdążyłam się przekonać jak wymagająca jest to praca, gdy cała odpowiedzialność spoczywa tylko na jednej osobie. Determinacja to jedyny sposób, by iść do przodu.

Powrót!, fot. Dominika Dunajewska

Dwie pozostałe książki to moja najbliższa podróż. Podróż, na którą muszę teraz spakować mój bagaż podręczny i zatrzymać czas.