Sierpień

 

 

 

SIERPIEŃ

To był najwyższy chłopak w mieście, a miasto było małe. Mogłam go zawsze wypatrzeć w tłumie ludzi. A może tylko mi się wydawało, że był najwyższy. Może się wyróżniał, bo byłam zakochana i widziałam go wszędzie.

W telefonie pozostały ślady początku i końca. W telefonie zachowuje się dokładny dzień i godzina, więc już zawsze mogę sięgać po zdanie z czternastego sierpnia, z godziny pierwszej piętnaście w nocy. Ta znajomość rozrosła się z kilku wiadomości o błahej treści. 

W pierwszej napisał swoje imię i nazwisko. Pamiętam, kiedy to pisał. Chwilę wcześniej, a to pewnie było dobrych kilka godzin wcześniej, staliśmy w barze, a nie przed, osobno, choć przy tym samym stoliku. Ja stałam na krześle, bo robiłam zdjęcia koncertu, o co poprosił mnie poznany noc wcześniej właściciel tego miejsca. Kiedy zeszłam, żeby się napić piwa, stuknęłam na zdrowie w jego kufel. To najwyraźniejsze wspomnienie. Może dlatego, że napisał mi dużo później, że go tym na zdrowie uratowałam, kiedy krzątał się przy moim stoliku bez pomysłu jak zacząć. 

Natychmiast się nachylił, żeby mi coś powiedzieć, ale jego pierwsze słowa do mnie przepadły, bo koncert był zbyt głośny. Musiał się zbliżyć. Poznałaś już Ricka z Casablanki? – spytał, wskazując głową na przypatrującego się nam ukradkiem właściciela baru. Tyle, żeby się stało, co się stało. Uśmiechnęłam się do niego i uśmiechnęłam się na wspomnienie zeszłej nocy, gdy właściciel pozwolił mi puszczać muzykę, a sam stał dumnie oparty o bar z papierosem wetkniętym między palcami opuszczonej dłoni. Miał trzydzieści, czterdzieści, może pięćdziesiąt lat. Bar szybko pustoszał, aż zostaliśmy zupełnie sami i nastąpił niezręczny moment, gdy pomiędzy opowieściami o starych filmach próbował mnie pocałować. Pamiętam suche i szorstkie zetknięcie ust. Nawet jeśli nie miałam nic przeciwko, to jednak nie wznieciło to mojej ochoty. Niezbyt przejęty wrócił do swojej poprzedniej pozycji z papierosem i zapytał, czy zrobię relację z nadchodzącego koncertu. Wskazał na mój aparat, który przyniosłam ze sobą, bo wcześniej zwiedzałam miasto. Mogłam odmówić, ale nie miałam nic lepszego do roboty. W trakcie koncertu pewnie będziemy zajęci, więc może już się nie powtórzy taka sytuacja. I faktycznie, byłam bardzo zajęta.

Przeniosłam wzrok z właściciela baru z powrotem na niego i opowiedziałam mu okrojoną wersję zeszłonocnych wydarzeń. Kiedy skończyłam, poczułam ulgę i radość, że stoję tu dziś właśnie z nim. Zanim wyszliśmy na zewnątrz, rozmawialiśmy w progu, przekrzykując muzykę i przepuszczając ludzi. Od krzeseł w ogródku dzieliło nas kilka kroków, ale usiedliśmy po kilkudziesięciu minutach. Siedziałam bardzo blisko, bo przed chwilą się całowaliśmy. Widzę tę pierwszą wiadomość – te dwa obco brzmiące słowa, które były nim – kiedy pisze ją na swoim telefonie i gdy teraz znów na nią patrzę, to czuję, jakby dopiero co przeskoczyła jeszcze ciepła z jego ekranu. Kiedy sprawdzam wiadomości po latach, mogę zobaczyć jego ostatnią aktywność. Już nie jest dwoma obco brzmiącymi słowami, jest ciągiem cyfr. Usunęłam imię i nazwisko, żeby nie wpadać na nie przy przeszukiwaniu listy kontaktów. Czasem jest aktywny w tej samej chwili co ja. Wciąż istnieje i jest na wyciągnięcie ręki; wystarczyłoby kliknąć kilka razy w ekran, by go wybudzić z hibernacji. A potem znika i znów zostaje po nim tylko godzina. 

Stałam w długiej kolejce do toalety, to był moment przerwy, gdy mogłam się nad tym wszystkim zastanowić. Koncert wciąż trwał, a ja nie robiłam zdjęć, o co przecież poprosił mnie właściciel, a dzięki tej przysłudze miałam darmowe piwo przez całą noc. Z właścicielem baru poznałam się, bo nudziło mi się w tym małym mieście, gdzie trwał festiwal przy którym pomagałam. Codziennie chodziłam do biura, tam jednak nie było wiele pracy. Miałam wrażenie, że wszyscy codziennie byli na nowo zdziwieni moją obecnością, mimo że sami mnie zrekrutowali na to konkretne stanowisko. Moje zadania rozmywały się w nadmiarze obowiązków innych osób. Zdarzało się, że przychodziłam do pracy po dziesiątej, a tam nikogo jeszcze nie było. Cofałam się na główny plac i zawsze odnajdywałam kogoś z organizatorów pogrążonego w porannej herbacie i papierosie. Przestałam się przejmować. Ten zawieszony w sierpniu czas był przestojem w moim życiu, więc mogłam po prostu jeść w barach talerze mięsa o różnych kształtach i pić nieprzyzwoicie tanie piwo. Myślałam, że może się zakocham i odmienię swój los. 

Potem jest jego wspomnienie, bo kiedy zabrał mnie do domu, przed wejściem sfotografował nasze buty. Jego olbrzymie mokasyny (może to były sandały) i moje małe trampki (może to były sandały). Buty trzeba było zdjąć obowiązkowo, a potem na palcach wspiąć się po schodach. Zastanawiam się, czy zachował to zdjęcie. Czy jest wciąż w jego telefonie tak blisko, jak blisko jest w moim tak przecież odległa już data czternastego sierpnia tamtego roku. A jeśli je skasował, to kiedy? Czy jeszcze w trakcie mojego pobytu na festiwalu, gdy ja wciąż żywiłam nadzieję, a on już wiedział, czy po moim wyjeździe? A może dopiero rok później, gdy po niespodziewanym wznowieniu znów wszystko się skończyło. I czy jeśli je skasował, to mimo to wciąż pamiętał o butach? Czy to zdarzenie zapisało się w ogóle w jego pamięci jako wspomnienie? 

Od razu słyszę muzykę, gdy sięgam do poranka po tej pierwszej nocy. Myślałam, że już zawsze będę widzieć jego wielki pokój i otwarte na oścież okno przy odtwarzaniu pierwszej piosenki z puszczonej wtedy płyty, ale myliłam się. Po kilkuletnim odtwarzaniu (nie mogłam po prostu przestać jej słuchać, to była jedna z moich ukochanych płyt) wypłukałam z niej emocje, odzyskałam muzykę. I widzę jego wielki pokój i otwarte na oścież okno, ale nie ma to już żadnego znaczenia. Teraz bawię się tym wspomnieniem – podchodzę do okna, wyglądam na podwórko, na pomarańczowe dachy i sine od słońca wzgórza w oddali. Kolory nie są już nasycone, są pastelowe. Czuję przyjemnie ciepły parapet pod łokciami. Na dole, przy drzwiach, stoją nasze buty. 

Mimochodem zrobiłam zdjęcie jego półki z książkami. Była centralnym punktem w pokoju, świeciła tytułami. Chciałam jakoś utrwalić i urealnić ten moment. Po tamtej nocy wysłał mi mailem fragment jednej z tych książek. Jeszcze więcej słów. Jeszcze więcej skojarzeń, które narodzą się dopiero w przyszłości. Tę znajomość napisaliśmy sobie do siebie cytatami, jednak na pierwszym planie zachowały się smsy osadzające mnie brutalnie w czasie rzeczywistym.  

Dalej są próby ponownego spotkania. Druga noc była dokładną kopią pierwszej, tylko z inną płytą o poranku. Trzeciej nocy nie jestem pewna. Mogła się wydarzyć, a mogła powstać później w mojej głowie. Trwał już festiwal, a w czasie festiwali ludzie stają się jednym wielkim organizmem i trudno się skomunikować. Kilka kolejnych wiadomości w ciągu kilku drobnych dni i urywa się tak, jakby się nie zaczęło. Wtedy jeszcze nie widzę, że odpowiedź kryła się już w tych krótkich wiadomościach, które wciąż mam na wyciągnięcie ręki. I sięgam i widzę wyraźnie. Teraz słowa uparcie układają się w zupełnie inny scenariusz niż to, co wtedy odegraliśmy z tych zdań. 

Tego lata chorowałam. Nocami kaszlałam w poduszkę, żeby nie obudzić gospodarzy, a z otwartego okna wślizgiwały się do pokoju kolejne głosy rozrzuconych po całym mieście muezinów. Wiatr szarpał framugami. Do dziś nie wiem, skąd się brał tylko nocami ten straszny wiatr. Najbardziej dął nad rzeką. Nad wąską, rwącą rzeką odbywały się plenerowe pokazy filmów, a po nich wiatr wracał ze mną do domu, gdzie wspinałam się po skrzypiących schodach do swojego pokoju i musiałam uważać, żeby podmuch nie trzasnął za mną drzwiami. Pierwszej nocy przeraził mnie taki zestaw dobranych w fałszywą melodię głosów tego miasta. Ale pierwszej nocy zanotowałam: „Pierwsza noc w nowym miejscu się nigdy nie liczy”. Pierwszą noc należy wyrwać ze wspomnień.   

Bałam się. Bałam się nowych dźwięków, nowych obowiązków i ludzi, a tak naprawdę to bałam się, bo miałam dwadzieścia trzy lata i żadnego pomysłu co dalej. Wmawiałam sobie, że ten wyjazd coś zmieni, choć nie byłam gotowa na żadną zmianę i wiedziałam, że będę stawiać opór. Miałam w sobie pragnienie i żar, ale one niewiele miały wspólnego z pracą, do której się zgłosiłam. 

Przez to rozciągające się w czasie chorowanie zapamiętałam, kiedy zwróciłam na niego po raz pierwszy uwagę. Biuro organizowało piknik przedfestiwalowy poza miastem. Pojechaliśmy tam krętymi drogami z krowami przyczepionymi do zboczy. Kręciłam film i naliczyłam tych krów potem dwadzieścia. Czułam w głowie typowe dla przeziębienia zmęczenie. Wiedziałam, że moje choroby zawsze coś psują. 

Na pikniku przyjęłam pozycję obserwatora gry shesh besh, w którą grali wszyscy przy każdej okazji. W czasie pracy, w czasie wolnym, w czasie jedzenia, w czasie herbaty. Nigdy nie pojęłam jej zasad. Wirowało mi w głowie, więc tylko przyglądałam się kolejnym rozgrywkom i zmieniającym się graczom. Zwróciłam na niego uwagę z prostego powodu – odstawał. Pojawił się później niż wszyscy. Był wielki, nieforemny, kolorowy i głośny. Zwyczajnie irytujący. Nagle pojawił się przed moimi oczami i tak już został, a ja pilnowałam, czy mam go w zasięgu wzroku. Moje emocje jeszcze wtedy nie były po żadnej stronie. Czułam się coraz słabiej i chociaż wszyscy sięgali już po kolejne piwa chłodzące się w rzece, postanowiłam wrócić najwcześniejszym transportem, jakim odwożono dzieci do domów. Wtedy po raz pierwszy poczułam coś w rodzaju tęsknoty. Żałowałam, że omijają mnie ważne wydarzenia. Wszystko, co się potem stało było próbą nadrobienia tego, co miało się zdarzyć już na pikniku. 

Potem zaczęłam go widzieć. Na głównym placu, przed biurem, w biurze, przed barami, w barach, schodzącego lub wchodzącego po górzystej drodze. Zawsze w tych samych ciemnych, okrągłych okularach i luźnych, pstrokatych koszulach. Idący rozkołysanym krokiem, wiecznie gestykulujący. Ciągle kogoś pozdrawiał i zatrzymywał się przy kolejnych kawiarnianych stolikach. Zbijał piątki z kelnerami, rozmawiał szyfrem z tymi, którzy wracali na festiwal po latach. Jego głos był donośny, płynnie przechodził w śmiech. Lekko seplenił, ale zauważyłam to dopiero, gdy wyszliśmy tej pierwszej nocy z koncertu przed bar. Zdziwiłam się tym charakterystycznym i niegroźnym zdziwieniem, kiedy po wymyśleniu sobie kogoś wreszcie poznajemy go twarzą w twarz. 

Prowadził ze wszystkimi gośćmi festiwalu żywe dyskusje i zawsze mówił o czymś, co mnie interesowało, ale nigdy nie skierował się bezpośrednio w moją stronę, choć miałam wrażenie, że mówi też trochę do mnie. Zaczęłam wymyślać sobie tę relację. Dlatego kiedy schodziłam z krzesła, żeby napić się piwa, stuknęłam w jego kufel. Chciałam, żeby się zaczęło to, co już miałam w głowie. 

Moja postępująca choroba wiele utrudniała. Omijałam wieczorne imprezy, gdzie najłatwiej było go spotkać. Kiedy nawet udało mi się tam dotrzeć, jego już nie było. To znaczy był, ale w odmiennym stanie świadomości. W tym stanie były jeszcze resztki namiętności po której nie było śladu następnego dnia. Były już tylko domysły. I zagłuszane przez okrzyki tłumu połączenia w środku nocy. 

Ostatnia zachowana wiadomość to obietnica spotkania. Czy się potem widzieliśmy? Nie pamiętam. Jak mogę nie pamiętać? Tak samo, jak nie zachowałam w pamięci naszych rozmów, a przecież to one były najważniejsze. Pamiętam dwa rodzaje samotności: pierwsza, gdy wyszłam od niego po wspólnej nocy i usiadłam w kawiarni, szczęśliwa, że mogę teraz przeżyć to wszystko sama i druga, gdy siedziałam w barze, to była moja ostatnia noc w mieście, a on minął mnie bez słowa. I też musiałam przeżyć to sama.

Nagle przestałam go widzieć w tłumie. Robiłam dużo zdjęć tego miasta. Na żadnym go nie ma, chociaż wiadomo, że jest tam tylko on. Żeby nie nosić go ze sobą w podróży po kolejnych państwach, napisałam długi list. Wysłałam. Nie pamiętam, co było dalej. Gdyby nie zdjęcia, być może w ogóle wypadłaby mi ta podróż z głowy. Jest tylko mdłe wspomnienie poranka, gdy po miesiącu pobytu w tym małym mieście miałam się wreszcie przenieść do innego kraju. Jest cały zestaw zwykłych czynności, które się mogły zdarzyć wszędzie: ścielenie łóżka, schodzenie po skrzypiących schodach, niezbyt wylewne pożegnanie z gospodarzami. Wczesny poranek, najgorsza pora do przemyśleń. Wtedy wszystko było jeszcze tak świeże, że czułam to tylko fizycznie. Piekło mnie pod powiekami i w klatce piersiowej. Smutek właściwy jest wtedy, gdy widzę się już jako wspomnienie. Idącą z wielkim plecakiem przez puste miasto, gdzie dobiegł końca festiwal, moja praca i on. Teraz ten smutek jest pusty, została po nim już tylko skorupa z echem tamtego poranka.

Odpowiedział na mój list, kiedy już wróciłam do siebie. Była jesień. Nasza korespondencja trwała przez prawie rok, aż do momentu, gdy zniknął tak, jak wtedy w lecie. I to też znów było lato. Zostały mi krótkie wiadomości i długie maile. Wspomnienia związane z tymi pierwszymi i obietnice złożone z tych drugich. Przez następne lata czytałam je wielokrotnie i z różnych powodów. Wciąż czytam. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by je usunąć, mimo że usuwałam potem impulsywnie ślady po innych relacjach. Czytam zawsze jakby dopiero przyszły, nigdy nie udało mi się ich nauczyć na pamięć. 

Korespondencja mogła trwać tylko przy równym stopniu zaangażowania, a o to trudno, gdy jednocześnie trzeba na bieżąco dokonywać zmian w życiu. Tym prawdziwym, nie opisywanym w listach. Czy mi było znów przykro? Po raz kolejny przekształciło się to uczucie, które miałam w sobie dla niego już od tego dnia na pikniku i które miało ewoluować już zawsze. Gdybym miała je do czegoś porównać, to musiałabym je skompresować w cały folder z plikami. Włożyć tam wszystkie smsy, maile, zdjęcia, piosenki, książki i dodawać sukcesywnie wszystkie mnożące się wciąż skojarzenia. 

Ten folder przybrał formę miesiąca w kalendarzu. Przypada w lecie, chociaż może przyjść o różnych porach roku. Czasem nie ma go wcale i rok mija bez wakacji. Czasem nadchodzi niezauważalnie, bo nie zawsze zmiany pór roku ekscytują nas z tą samą siłą. A czasem bardzo wyraźnie, gdy po tych kilku brzydkich latach znów świeci się w moim telefonie wiadomość od niego. Jest dziesiąty sierpnia, godzina czternasta dwadzieścia dziewięć. Krótka wiadomość dopada mnie w samotności. A może staję się samotna przez niego. Wertuję szybko księgę sukcesów, ale te lata przerwy, gdy przecież żyłam i czułam bez niego, nagle kurczą się w zetknięciu z tamtym latem. Jest tylko tamto lato i ta wiadomość. Pomiędzy nic się nie wydarzyło, a ja znów mam dwadzieścia trzy lata i słyszę wyraźnie pierwszy utwór z płyty puszczonej wczesnym porankiem.

Teraz wiem, że zakochałam się w nim, jak już go nie było. Z bezpiecznego dystansu. Z mojej oazy samotności. Słowa wyparły obraz faktycznej relacji, a rzeczywistość stała się fikcją. Dopiero wraz z korespondencją przyszło przyjemne mrowienie i lekkość. Nasze wspólne noce nie rozładowały pożądania. Nic przełomowego nie wyniknęło z samego zetknięcia dwóch ciał, do którego tak się prze, gdy zdejmie się pierwszą osłonę inicjującym pocałunkiem. Czy tam w ogóle wtedy było pożądanie? Teraz – po napisaniu i przeczytaniu wszystkich listów od niego – myślę, że tak. Wtedy pewnie było więcej wstydu, więcej alkoholu niż czułości. Ale to już będzie zawsze tylko moja interpretacja. Czas zawsze działa na korzyść wyobraźni. Co o tym pomyślę za kolejnych kilka lat? Jak wydarzenia z mojego życia potraktują dalej tamto lato? Na pewno nie dotrę już nigdy do tego, co naprawdę się wydarzyło. Być może będę tę samą historię układać ciągle na nowo. Dlaczego spośród wszystkich innych właśnie tę, tak podobną w przebiegu do innych tego rodzaju przelotnych romansów? Bo zachowała się w słowach. Pozostało tyle słów, że mogę z nich budować miłość do końca życia i nie potrzebuję do tego jego obecności.